wtorek, 7 stycznia 2014

Karkonosze? Ja poproszę!







.
Jakoś tak się dziwnie składa, że ze wszystkich możliwych gór w zasięgu ręki najbardziej przypadły mi do serca akurat te, w które mam daleko. Po prostu miłość od pierwszego wejrzenia, niesłabnąca mimo upływu lat. Toteż gdzieś tak od lutego zaczęłam marudzić, że na weekend majowy to tylko i wyłącznie w Karkonosze sobie życzę. No i życzeniu mojemu stało się zadość.

Środa 01.05.
Zaczęło się niezbyt ciekawie, bo słońca ani na lekarstwo, mało tego, chwilami pojawiał się nawet deszcz. No, ale póki śmigaliśmy autostradą na zachód, specjalnie nam to nie przeszkadzało. Jak zwykle wymyśliliśmy sobie rożne atrakcje po drodze, żeby dzień nie minął nam bezproduktywnie. Nadzieję na pierwszy dłuższy przystanek wiązaliśmy z Bolesławcem (przyznaję się, odezwało moje maniactwo ceramiczne), ale niestety, miasto wyglądało jak wymarłe, a że to jeden z "tych dni", na zaspokojenie ciągot zakupowych nie było szans :(
Rozkoszując się zatem widokiem wsiowej zabudowy, tak innej niż na naszych terenach, zmierzamy do Leśnej, na zamek Czocha. I tu okazuje się, że do tego miejsca to ja szczęścia nie mam. Kiedy odwiedziłam je kilka lat temu, z powodu wczesnej pory wszystko było jeszcze pozamykane, a teraz z powodu pogody kłębią się wszędzie dzikie tłumy. Po odstaniu odpowiedniej ilości minut w gigantycznej kolejce okazuje się, że na wejście do środka nie ma co liczyć, bilety wyprzedane na cały dzień, a stworzenie dodatkowej grupy ciągle stoi pod znakiem zapytania. No trudno, zadowalamy się wejściem na dziedziniec. Ja, szczerze mówiąc, prawie z pianą na ustach, do czego walnie przyczynia się grupa motocyklistów, którzy akurat w tej chwili muszą zrobić sobie i swoim maszynom zdjęcia na tle budowli.
Sam zamek, który popularność zyskał dzięki serialowi "Tajemnica twierdzy szyfrów" powstał jako warownia graniczna na pograniczu śląsko-łużyckim w latach 1241–1247 z rozkazu króla czeskiego. W 1253 przekazany biskupowi miśnieńskiemu von Weisenow.  W 1346 przejął go Bolko Mały, książę świdnicko-jaworski. Po śmierci księżnej Agnieszki, wdowy po Bolku, wrócił do Czech.
Zakupiony w 1909 roku przez  producenta wyrobów tytoniowych (cygar) Ernsta Gutschowa, do 1912 został przebudowany  zgodnie z wyglądem zachowanym na rycinie z 1703 roku. Podczas przebudowy zniszczono jednak wiele najstarszych fragmentów kompleksu. W dawnej fosie urządzono zwierzyniec. Gütschow utrzymywał dobre stosunki z dworem carskim, a po rewolucji z rosyjskimi emigrantami, od których skupował różne przedmioty o wysokiej wartości artystycznej. W zamku mieszkał do marca 1945 roku. Opuszczając zamek wywiózł najcenniejszą część wyposażenia. W latach II wojny światowej w zamku mieściła się szkoła szyfrantów Abwehry.Dziś w zamku mieści się ośrodek szkoleniowo wypoczynkowy.

Kolejnym miejscem docelowym jest Siedlęcin, niewielka wieś nad Bobrem, której główną atrakcją jest rycerska wieża mieszkalna, kryjąca w sobie niezwykłe polichromie, przedstawiające legendę sir Lancelota.

Budowę  wieży rozpoczęto najprawdopodobniej około 1314 roku na zlecenie księcia jaworskiego Henryka I. Pierwotnie  miała cztery kondygnacje, z czego dwie dolne przeznaczone były na pomieszczenia gospodarcze, natomiast trzecią i czwartą zajmowali właściciele. Wieża w 1368 r. została sprzedana przez wdowę po Bolku II, księżną Agnieszkę. Nowym właścicielem został rycerz Jenschin von Redern i do połowy XV w. wieża była w posiadaniu tego rodu.Od 1732 do 1945 roku budowla znajdowała się w rękach rodu Schaffgotschów. tutaj już mi znacznie lepiej- ludzi mniej, choć plątają się jakieś umundurowane postaci biorące udział w rekonstrukcji historycznej.
Brykamy jeszcze do schroniska Perła Zachodu, bo warto spojrzeć na nie od strony zapory na Bobrze, a i wstąpić na smaczne ciasto,

a potem do Cieplic
 Ha ha, właśnie zaczyna się jakiś festyn, więc oprócz dzikiego tłumu do kompletu jeszcze wszechobecne dźwięki muzyki... Przemykamy przez park i czym prędzej ruszamy do Karpacza, gdzie mamy noclegi. Jeszcze tylko krótki wieczorny spacer i sklepowe wystawy :)

Czwartek 02.05.
Pogodowego szału nie ma (jak się okazuje wczorajszy zakup rękawiczek był nader udaną inwestycją), jednak dzielnie wyruszamy na zaplanowaną trasę- idziemy na Przełęcz Okraj, a co dalej, to się zobaczy. W drodze towarzyszą nam widoki raczej jesienne niż wiosenne, od czasu do czasu kropi deszcz, nic więc dziwnego, że na szlaku raczej pusto.
 Dość szybko dostaję pozwolenie na pofolgowanie wewnętrznemu chartowi, więc ruszam przodem i w charakterze zmokłej kury docieram do schroniska, gdzie czekam na resztę, co ma tę dobrą stronę, że pogoda nieco się poprawia.
Dobra nasza! Decydujemy się na wędrówkę w stronę Śnieżki. Wybieramy szlak po czeskiej stronie i już na samym początku niespodzianka- kwitnące krokusy.
 Tradycyjnie brykam do przodu, delektując się widokami (no dobra., najbliższymi widokami, bo szału nie ma, ale i te są niezłe). Po drodze schronisko Jelenka, ale kłębi się przy nim dziki tłum, więc omijam je może nie szerokim, ale jednak łukiem. Ludzi robi się na szlaku sporo, czemu się nie dziwię, gdyż okoliczności przyrody nadzwyczaj malownicze- szczególne wrażenie robi kroczenie w morzu kosodrzewiny, wśród której biegnie szlak.

Na szczycie Śnieżki:
a) prawie jak na Krupówkach w Zakopcu pod względem ilości obecnych osób (albo i lepiej)
b) sporo jeszcze śniegu
c) widoki chwilami ciekawe, a chwilami wręcz przeciwnie


 Robię sobie postój na jedzenie, herbatę i oczekiwanie na resztę wędrowców (oczywiście czasu nie marnuję- niech żyje szydełko i podróżna robótka). Po ich przybyciu przejmuję klucze od naszej kwatery i brykam w kierunku Domu Śląskiego. Po drodze udaje mi się nawet zrobić kilka zdjęć,

ale gdy staję na krzyżówce szlaków obok wspomnianego obiektu mgła jest tak gęsta, że z trudem dostrzegam ściany budynku. W dodatku okazuje się, że czerwony szlak nadal zamknięty i muszę zrewidować swoje plany ;)- a wiedzieć należy, że zamknięcie owego szlaku wiąże się ze zdemontowaniem przez pracowników parku mostka na Łomniczce...
Końcowa część marszu w warunkach typowo jesiennych...

piątek 03.05.
Plany były ambitne, jednak padający deszcz zmusił nas do weryfikacji zamierzeń- trzeba było wymyślić coś nie pod gołym niebem. Nasz wybór padł na sztolnie w Kowarach- z nadzieją, że w ciągu dnia przejaśni się na tyle, by zajrzeć też do Parku Miniatur, a kto wie, może nawet pojeździć po okolicznych pałacach.


I otóż nie, po zwiedzeniu wspomnianych sztolni w stanie skrajnego przemarznięcia stać nas było tylko na spożycie obiadu i nawet spacer po mieście nie wydawał się atrakcyjny.

sobota 04.05.
"Tu zaszła zmiana"- chciałoby się rzec. Dotyczyła rzeczy istotnej, a mianowicie pogody. Może przesadą byłoby powiedzieć, że przywitał nas czysty błękit, ale zapowiadało się mocno optymistycznie. Czym prędzej więc ruszyliśmy do Szklarskiej, by tam wjechać wyciągiem krzesełkowym na Szrenicę, a potem ruszyć granią w kierunku "domu".



Ja dziko uchachana, bo wreszcie odsłonił się ukochany karkonoski widok, czyli Śnieżne Kotły.





Pierwszym punktem programu był skok za granicę do źródeł Łaby- mocno jeszcze pogrążonych w śniegu.




Miny nam nieco zrzedły, bo siadła mgła i -jak widać- niewiele było widać:

Jak się okazało, dzielność wędrownicza została nagrodzona, bo po dotarciu do punktów widokowych mgłę. przewiało i można było paść oczy.


A dalej- wędrówka, wędrówka, wędrówka.

Z przerwą na chwilę zadumy przy spalonej Petrovej Boudzie-

jej widoku też mi brakuje, gdy osiągam Przełęcz Karkonoską i zatrzymuję na obiad w "Odrodzeniu".


Ostatnią nagrodą na szlaku jest widok Śnieżki- prawie w całości, bo sam szczyt jednak tonie we mgle.

Od Słonecznika kierujemy się do Karpacza, w miłym przekonaniu, że to bardzo udany dzień.


niedziela 05.05.
Wszystko, co dobre, szybko się kończy- i tak samo jest z naszym wyjazdem. W dodatku pierwszy punkt na dzisiaj też mocno w biegu, bo przy niedzieli opactwo w Krzeszowie, perła baroku- pełne ludzi i tylko rzucamy okiem "od drzwi", dokładniejsze zqwiedzanie zostawiając na inną okazję.
Porzucamy zatem cywilizację na rzecz spotkania z naturą i zdobycia Wielkiej Sowy. Cywilizacja nie bardzo chce być porzucona, co objawia się na przykład błądzeniem po Wałbrzychu, gdzie grzecznie kierujemy się  za znakami objazdu, które w pewnym momencie po prostu się kończą, zostawiając nas "niewiadomogdzie". No ale nie z nami te numery- docieramy na Przełęcz Sokolą i ruszamy na szczyt. W dodatku w nie byle jakim towarzystwie- wykwalifikowanego Przewodnika Sudeckiego :)












Aura zrobiła się bardziej wiosenna i wędrówka to prawdziwa przyjemność, choć widoczność "lekko przymglona". Po drodze dwa schroniska" Orzeł i
Sowa,









Po drodze dwa schroniska" Orzeł i Sowa:
oraz obelisk na cześć Karla Wiesena, inicjatora budowy schroniska Sowa i działacza turystycznego.

A na szczycie trzeba się koniecznie wdrapać na wieżę widokową wybudowaną w 1906 roku w miejscu wcześniejszej drewnianej. Początkowo nosiła imię Bismarcka, potem - Świerczewskiego, teraz upamiętnia Mieczysława Orłowicza.

Towarzystwo wykwalifikowanego przewodnika przynosi jeszcze jedną atrakcję- to jest wędrówkę szlakiem koloru...fioletowego:


No a potem już tylko powrót we własne kąty.
Oraz rekord w długości opisywania tegoż wyjazdu :)












poniedziałek, 22 października 2012

Perła w koronie

niedziela, 14.10.
Krowiarki-Markowe Szczawiny-Perć Akademicka-Babia Góra- Krowiarki

Oczywiście perła w Koronie Gór Polski, a ową perełką jest Babia Góra w Beskidzie Żywieckim. Na Babiej wypada być przynajmniej raz w sezonie, toteż kiedy w czasie powrotu ze Słowacji zostałam "zahaczona" propozycją wyjścia, nie wahałam się ani chwili. Wahanie nadeszło jak zwykle bladym świtem, kiedy trzeba było zwlec się  z piernatów :) Na szczęście pogoda- mimo nocnego deszczu wydawała się stworzona do wędrówki, więc wahanie odpłynęło w siną dal. 
Pierwszy fragment, czyli spacer Górnym Płajem z przełęczy Krowiarki do schroniska na Markowych Szczawinach (od kiedy jest to nowe schronisko, to jakoś niespecjalnie za nim przepadam) był nader przyjemny- delikatne słonce, złocące się buki- mmm... miło.
Po przerwie spożywczej ruszyliśmy w kierunku Perci Akademickiej, by zacząć ambitniejszą część trasy i dzielnie wspiąć się na szczyt. Już w chwili opuszczenia schroniska odkryliśmy, że słoneczko jest tylko wspomnieniem, a im wyżej- tym ciekawiej atmosferycznie. Mgła snuła się coraz gęstsza (żegnajcie widoki na Tatry!), pojawiły się nieśmiałe płaty śniegu, wiatr hulał w najlepsze.
Po wyjściu nad kosówkę stwierdziłam, że w porównaniu z tutejszymi warunkami osławiony dworzec w Kielcach to miejsce ciepłe i przytulne... I wrażenia tego nie zmieniło nałożenie wszystkich możliwych warstw odzieży (a miałam ich naprawdę sporo), włącznie z czapką, kapturem i rękawiczkami.
 Na samym szczycie czym prędzej schowaliśmy się po zawietrznej kamiennego murka, spożyliśmy kabanosiki przeznaczone na czarną godzinę, łyknęliśmy gorącej herbaty i czym prędzej pogalopowaliśmy czerwonym szlakiem w dół.

Jak się okazało- tylko Babia była tak kapryśna. Nieco niżej towarzyszyły nam już takie widoki:
Znaczy się, był to piękny, jesienny dzień :)